Drake „Legenda”

Druga płyta. Dla każdego zespołu to sprawdzian umiejętności, zarówno wykonawczych jak i repertuarowych. Słuchacze do drugiej płyty podchodzą zazwyczaj ostrożniej. Powszechnie wiadomo, że zespoły na swoich debiutanckich albumach zamieszczają to, co mają najlepszego. Druga płyta pokazuje na co możemy liczyć w trakcie normalnej, stałej działalności kapeli.

Częstochowska grupa Drake do swojej drugiej płyty podeszła najwyraźniej dość poważnie, ale jednak ze sporym luzem. Powagę wyczuć można w dbałości, z jaką zarejestrowano ten album, luz zaś czuć w ciekawych melodiach i lekkich, spokojnie zagranych aranżacjach.

Od pierwszych taktów słychać też, że coś się w muzyce grupy Drake zmieniło. Zniknęło banjo, a bardzo ciekawą rolę dostał akordeon. Już na płycie „Talizman”, zdarzało się, że tworzył on w niektórych utworach specyficzny klimat tła, jednak to właśnie na „Legendzie” staje się on czołowym instrumentem. Flety i mandolina, które odpowiadają za pozostałe melodie, są tu raczej od dogrywania smaczków.

Począwszy od pierwszego utworu, tytułowej „Legendy”, mamy do czynienia z opowieścią,w której klimat grozy miesza się z marynistyczną tematyką. Kojarzyć się to morze z pisarstwem Fredericka Marryata. Takich piosenek jest na płycie więcej i to one nadają albumowi specyficznego klimatu. Jego ślady można znaleźć również w utworach „Ostatni ziemi brzeg”, „Duchy wybrzeża” i „Fram”.

Nie można jednak powiedzieć, że „Legenda” to płyta smutna czy w całości pogrążona w nastroju grozy. Wiele utworów przeczy takiemu twierdzeniu. Już choćby drugi utwór na krążku, „Opowieść sztormowa”, mimo niepokojącego nastroju ma w sobie coś o wiele bardziej żywiołowego. Zapewne dzieje się tak dzięki dziarskiej melodii wdzierającej się między zwrotki.

Najbardziej wesołą piosenką jest jednak „Stary Dan Tucker”, w którym pobrzmiewają echa bluegrassowych wycieczek grupy Drake z pierwszej płyty. W utworze tym na banjo zagrał gościnnie Michał Smoliński z grupy Prawdziwe Perły.

Instrumentalna melodia „Dziewczyna z Normandii” pochodzi z pierwszej, wówczas jeszcze winylowej, płyty grupy Tonam & Synowie. W wersji chłopaków z Częstochowy można mówić o czymś w rodzaju szalenie interesującego pastiszu. Melodia brzmi bowiem jakby tytułowa dziewczyna nie pochodziła wcale z zachodniego krańca Europy, a mieszkała raczej gdzieś na wschodnich rubieżach Galicji, w rejonie Lwowa.

Pozostałe dwie kompozycje instrumentalne, to utwory autorskie. Jak sami muzycy zdradzili niedawno w wywiadzie, są to melodie, które początkowo miały być piosenkami, ale zdecydowano się opracować je jako ilustracje muzyczne. W tej roli sprawdzają się znakomicie.

W porównaniu z pierwszą płytą okrzepł nieco wokal Sławka Bielana. Momentami może się kojarzyć z Henrykiem Czekałą („Szkotem”), wokalista Mechaników Shanty. Również muzyka brzmi czasem w podobnym do „mechanikowskiego” klimacie, co jest o tyle interesujące, że przecież na „Legendzie” mamy do czynienia z niemal samymi kompozycjami autorskimi, a Mechanicy grają głównie utwory tradycyjne. Mówi to też wiele o kompozycjach, których większość napisał Piotr Pala, gitarzysta Drake`a. To fajne, osadzone we współczesnej muzyce utwory, czuć w nich jednocześnie zamiłowanie do tradycyjnych brzmień, jak i próbę odejścia wyłącznie od folkowych inspiracji. Takie postawienie sprawy powoduje, że muzyka zawarta na płycie brzmi wyjątkowo świeżo.

Nie da się słuchając tego albumu zapomnieć o gościach. Chyba najbardziej rzucającym się w uszy utworem z udziałem zaproszonego muzyka jest piosenka „Na dnie serca”, którą zaśpiewał Wojciech Dudziński („Sep”) z zespołu Ryczące Dwudziestki. Mogłaby ona się równie dobrze znaleźć na jego solowej płycie z celtyckimi balladami, jaką wydał kilka lat temu. Tam również byłaby perełką, podobnie jak na „Legendzie”. Kobiecy wokal pojawiający się w tle w „Duchach wybrzeża” również jest niemożliwy do pominięcia. To Kasia Kaniowska, wokalistka grupy Pchnąć W Tę Łódź Jeża. Przy okazji, będąc już te tropie PWTŁJ, warto zaznaczyć, że nowe brzmienie Drake`a zmierza jakby nieco w kierunku tego właśnie zespołu. Rytmy nie są co prawda jeszcze tak połamane jak u Jeży, a i repertuar na „Legendzie”, w porównaniu z debiutanckimi „Szksipczami” wydaje się być o wiele bardziej spójny.

Ale myślenie o muzyce wydaje się momentami podobne, być może cześć zasługi leży częściowo po stronie Łukasza Drzewieckiego, realizatora nagrań obu zespołów.

Druga płyta Drake`a to nie tylko udanie zdany egzamin, ale też po prostu płyta, do której z przyjemnością będzie się wracać nawet za kilka lat. Jeśli okaże się, że raz na jakiś czas zespół jest nas w stanie uraczyć tego typu produkcją, to pozostaje czekać na następne płyty z olbrzymią niecierpliwością.

Rafał Chojnacki
This entry was posted in Recenzje. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *